Transplantologia


Podziel się

[addthis tool="addthis_inline_share_toolbox_d5om"]

Dowiedz się więcej o akcji

Czytaj

Po przeszczepie cieszy się każdą chwilą

 

Irena Szulda ma 62 lata, a energii, optymizmu i chęci do życia więcej, niż niejedna dwudziestolatka. Dwa lata temu w Szpitalu Przemienienia Pańskiego w Klinice Kardiochirurgii i Transplantologii Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu profesor Marek Jemielity z zespołem przeszczepili jej serce. Dawcą był młody, 20-letni mężczyzna.

– Często osoby dowiadujące się, że w ich przypadku konieczny będzie przeszczep podchodzą do tego tak, że ktoś będzie musiał umrzeć, by one mogły żyć. Też tak myślałam, odsuwał od siebie myśl o przeszczepie. Dopiero proboszcz z miejscowości, w której przez lata mieszkałam z Kłecka, przekonał mnie, że to nie jest tak. Że człowiek będący dawcą i tak by umarł, że nasze drogi się skrzyżują, a dzięki temu, że lekarze pobiorą od niego narządy do przeszczepów jego śmierć nie pójdzie całkiem na marne – opowiada pani Irena.

 

Fot. Baranowski/AKPA

Żyje pełnią życia

Po przeszczepie zaczęła żyć pełnią życia. Chodzi z kijkami do nordic walking, spotyka się z pacjentami czekającymi na przeszczepy, zaczęła podróżować. Postanowiła też być samodzielna i korzystać z uroków wielkomiejskiego życia i przeprowadziła się do Poznania. – Wcześniej ze względu na stan zdrowia musiałam mieszkać z córką – opowiada pani Irena.

Mówi, że czasem dopadają ją czarne myśli, jak każdego. Leki, które zażywa po przeszczepie nie są obojętne dla zdrowia, ma już np. zaćmę po sterydach. – Ale to niewielka cena za życie. Szybko mi takie smutki mijają, wystarczy, że zadzwonię do bliskich albo do przyjaciół. Gdyby nie nowe serce, już by mnie nie było. Mój serce miało wydolność w granicach 10 proc. Lekarz robiąc mi echo serca powtarzał, że gdyby nie to, że widział, jak na własnych oczach weszłam do jego gabinetu, byłby przekonany, że to serce osoby zmarłej – mówi kobieta.

Z wykształcenia jest psychologiem, pochodzi z Lubelszczyzny. Gdy miała 14 lat, zmarł jej tata, „na serce”. Prawdopodobnie odziedziczyła po nim chorobę. Mówi, że zawsze była wzorową uczennicą, nie chciała zawalać w szkole, potem na studiach. Nie raz szła na zajęcia z niedoleczoną anginą. To na pewno nie pozostało bez wpływu na jej stan zdrowia. Niby nic szczególnego się nie działo, ale zaczęła zauważać, że jest słabsza od rówieśników, szybciej się męczy. – Grałam w piłkę ręczną, urodziłam siłami natury troje dzieci, nie sądziłam, że to coś poważnego – mówi.

Gdy na wycieczce do Kazimierza zmęczyła się straszliwie wchodząc na niewielkie wzniesienie, zgłosiła się do lekarza. – Nic pani nie jest – usłyszała. Cios przyszedł nagle, w 2001 roku. Pracowała wtedy w poradni psychologiczno-pedagogicznej. Była akurat w pracy, gdy zaczęła się źle czuć. Było jej zimno, rozbolał ją żołądek. Dyrektorka wysłała ją do domu. Nie doszła. Usiadła na krawężniku i zadzwoniła po męża, lekarza weterynarii, żeby po nią przyjechał. W szpitalu rozpoznano u niej zawał serca. Lekarze zrobili koronarografię, wykluczyli miażdżycowe tło zawału. Postawili diagnozę: kardiomiopatia rozstrzeniowa. – Nie docierało to do mnie. Najmłodsze dziecko, syn, był dopiero w pierwszej klasie. To dało mi sił do walki, bo widziałam, że muszę go wychować. Trafiłam dosyć szybko pod opiekę poznańskiego szpitala. Wielu chorych nie lubi pobytów w szpitalach. Inaczej jest w przypadku osób z chorym sercem. My w szpitalu czujemy się bezpiecznie, wiemy że na miejscu jest sprzęt, który może nam uratować życie – wspomina pani Irena.

Serce się zatrzymało

Zalecono leki, oszczędzający tryb życia i regularne kontrole u lekarza. Jednak choroba coraz bardziej się pogłębiała. Gdy syn miał 11 lat, umarł jej mąż. Zabiła go sepsa. – Byłam przerażona, wydawało mi się, że sobie nie poradzę – mówi kobieta. – Teraz już wiem, że człowiek jest w stanie poradzić sobie nawet w najtrudniejszych sytuacjach. Powtarzam to zawsze innym chorym – dodaje.

Przeszła na wcześniejszą emeryturę, zamieszkała u córki, ale starała się być aktywna, zajmowała się np. wnuczką. Pewnego dnia, gdy córka wróciła z pracy, pani Irena upadła. Doszło u niej do nagłego zatrzymania krążenia. Reanimowała ją córka, potem lekarka, która przybiegła z przychodni. Załodze karetki udało się za pomocą defibrylatora pobudzić serce do pracy. W karetce zatrzymało się po raz drugi, ale znowu pomógł defibrylator. – Przeżyłam dzięki tym, którzy mnie reanimowali. Tylko dlatego nie doszło do nieodwracalnego niedokrwienia mózgu – mówi pani Irena.

Po tym zdarzeniu lekarze w szpitalu wszczepili jej kardiowerter defibrylator. To urządzenie, który cały czas monitoruje prace serca, taki osobisty. automatyczny ratownik. Stan pani Ireny poprawił się wtedy na tyle, że nawet zaczęła znowu prowadzić samochód. Lekarze nie kryli jednak, że tylko przeszczep może uratować jej życie. Serce słabło. W dodatku lekarze wykryli u niej jakiegoś guza na nerce. – To mogło mnie zdyskwalifikować jako biorczynię. Usunięto mi nerkę, okazało się, że to był złośliwy nowotwór, ale w tak początkowym stadium, że nie wykluczono mnie z listy oczekujących – opowiada. – Czasem słyszę różne złe rzeczy o służbie zdrowia, ale ja zawsze trafiałam na same wspaniałe osoby – dodaje.

Mówi, że jej stan pogorszył się tak, że została przeniesiona na pilną listę. Straszliwym wysiłkiem dla niej było pójście do ubikacji czy umycie zębów. Telefon z informacją, że jest dla niej serce zadzwonił 18 października. Doktor Tomasz Urbanowicz z poznańskiego szpitala dał jej 10 minut na spakowanie się. Potem kartką pomknęła do Poznania. – Drogę, której pokonanie zajmuje godzinę pokonaliśmy w 20 minut – wspomina.

Serce na imieniny

Zabieg odbył się następnego dnia rano. – Gdy tylko otworzyłam po operacji oczy, pytałam, czy na pewno dostałam nowe serce, czy pasowało – śmieje się. Lokalne gazety pisały o niej, że dostała serce na imieniny – 20 października są imieniny Ireny. Pamięta pierwszą wizyt rodziny i radość bliskich, że ma takie różowe ręce, a wcześniej były sine. – Teraz cieszę się każdą minutą życia. Bo życie jest piękne – mówi.

Na co dzień jest pod opieką doktor Hanny Wachowiak-Baszyńskiej, która kieruje Poradnią Transplantacji Serca. To „anioł stróż” osób po przeszczepach. Mówi, że nie dałaby sobie rady bez wsparcia rodziny, przyjaciół, bardzo dużo dają jej też kontakty z innymi osobami po przeszczepach. – Spotykamy się kilka razy w roku, mamy Stowarzyszenie Nowe Serce, razem uczestniczymy w wydarzeniach promujących transplantologię, takich jak Bieg po Nowe Życie. Jesteśmy jak rodzina – mówi pani Irena.


13. Bieg po Nowe Życie już za nami!

Czytaj więcej...
Partnerzy