Historie ludzi


Podziel się

Dowiedz się więcej o akcji

Czytaj

Nowe życie Wiesławy

 

Wiesława Kapalska jako dziecko mdlała, zdarzało jej się to w szkole, w kościele. Okazało się, że choruje na kardiomiopatię przerostową.

Kardiomiopatia przerostowa to podstępna choroba. Dochodzi w niej do pogrubienia ściany serca, najczęściej jego lewej komory, serce traci zdolność do pompowania krwi. Zdarza się, że pierwszym objawem choroby jest nagłe zatrzymanie krążenia.

Umarły mama, babcia, siostra i kuzynki

Wiesława jako dziecka mdlała. Miała zaledwie 19 lat, gdy EKG wykazało u niej zawał tylnej ściany serca. Okazało się, że odziedziczyła po mamie właśnie kardiomiopatię przerostową. Mamę Wiesławy choroba zabiła. Miała 49 lat, gdy umarła w szpitalu w Ochojcu.

– Z tego powodu umarła także moja babcia. Szła z pielgrzymką do Częstochowy, upadła – opowiada Wiesława. Choroba zabrała także jej dwie kuzynki oraz siostrę, która była już wpisana  na listę do przeszczepienia serca, ale nie doczekała operacji. Miała zaledwie 52 lat i przed sobą jeszcze wiele lat życia.

Po dokładnych badaniach okazało się, że Wiesława ma poważne zaburzenia rytmu. By zapobiec nagłej śmierci lekarze zdecydowali o wszczepienie kardiowertera-defibrylatora, to urządzenie, które wysyłając impuls elektryczny jest w stanie umiarowić pracę serca. Taki osobisty ratownik.

W 2008 roku Wiesławę dopadła rwa kulszowa. Ból był straszny, nie była w stanie wstać z łóżka, miała problem z dojściem do ubikacji, pomagał jej mąż. Pomogły dopiero sterydy, ale niestety, zrujnowały do reszty chore serce Wiesławy. – Dostałam obrzęku płuc, karetka zabrała mnie do szpitala, spędziłam dzień pod respiratorem – opowiada kobieta.

Urodzona optymistka

Cudem z tego wyszła. Szukając ratunku trafiła do placówki w Warszawie Aninie, obecnie to Narodowy Instytut Kardiologii. Znalazła się pod opieką wspaniałych lekarzy, wykonano u niej m.in. cewnikowanie serca, które wykazało, że narząd jest w fatalnym stanie. Wtedy usłyszała, że powinna zacząć myśleć o transplantacji serca.

– Jestem optymistką, dlatego przyjęłam to spokojnie – mówi Wiesława. Kwalifikacja do transplantacji oznacza konieczność wykonania wielu badań. Po transplantacji trzeba zażywać leki immunosupresyjne, które obniżają odporność, groźny wtedy jest nawet stan zapalny zęba. Po tygodniu różnych badań i konsultacji lekarze powiedzieli jej, że będą ją kwalifikować do transplantacji. Oczywiście, zgodziła się.

W domu spakowała walizkę i czekała na telefon. – Byłam bardzo słaba. Nawet rozmowa przez telefon mnie męczyła. Idąc drogą musiałam robić odpoczynki, łapałam powietrze jak ryba – wspomina. Pierwszy telefon odebrała w 2015 roku, po kilkunastu miesiącach od kwalifikacji. Miała wtedy katar. Kardiochirurg Adam Parulski, który jest koordynatorem ds. transplantacji w placówce w Aninie musiał ją zdyskwalifikować. Po raz kolejny telefon zadzwonił w styczniu 2016 roku.

– To była niedziela, siódma rano, wiedziałam, że o tej porze to mogą dzwonić tylko ze szpitala. Leczyłam akurat infekcję zęba, więc znowu nie mogło dojść do zabiegu  – opowiada Wiesława. Lekarze, by nie zmarnować narządu, zawsze pod uwagę biorą więcej, niż jednego pacjenta czekającego na transplantację. Chwilę później zadzwoniła do niej Beata, koleżanka, którą poznała w poradni i z którą bardzo się zaprzyjaźniła.

Nowe życie

– Jadę na przeszczep – cieszyła się Beata. Operacja się udała, koleżanka wysłała Wiesławie zdjęcia ze szpitala, w tym czasie urodziła się jej wnuczka, Beata cieszyła się, że niedługo ją zobaczy. Niestety, zaatakowała ją infekcja grzybicza. Lekarze próbowali uratować jej życie, sprowadzili nawet specjalne leki, nie udało się, Beata zmarła. – Byłam załamana, miałam straszne wyrzuty sumienia. Na szczęście lekarze przekonali mnie, że to przecież nie była moja wina, że nie stało się tak dlatego, że ja nie mogła podejść do przeszczepu – mówi Wiesława.

Trzeci telefon zadzwonił 16 lutego 2017. Tym razem koordynator podjął decyzję, że wszystko jest w porządku i Wiesława ma przyjechać do szpitala. – Mieszkam w Częstochowie, to kawałek do Warszawy i po cichu liczyłam, że może uda mi się polecieć choć raz w życiu śmigłowcem. Niestety – śmieje się.

Do Warszawy pojechała karetką. Czekały ją ostatnie badania, a potem dokładne mycie w specjalnym, dezynfekującym płynie. Było trochę nerwów, czy aby w ostatniej chwili nic się nie zmieni, czy nie okaże się, co się zdarza, że serce jednak się do przeszczepiania nie nadaje. Doczekała się.

– Na salę operacyjną pojechałam w śmiesznym, zielonym ubranku – wspomina. 17 lutego 2017 roku to data, kiedy dostała drugie życie. Śmieje się, że ma ADHD, czasem coś zrobi, zanim pomyśli, dlatego lekarze musieli jej w szpitalu drugi raz składać mostek. – Za szybko zerwałam się z łóżka. Najgorsze było to, że czekałam na operację na czczo, lekarze ciągle mieli jakieś pilne przypadki i trwało to trzy dni – opowiada.

Wie, że ma serce młodej, 23-letniej dziewczyny. Umierając dawczyni podarowała jej drugie życie. – Wróciłam do domu 25 marca. Nigdy nie zapomnę pierwszych spacerów, wokół bloku, z odpoczynkami na ławkach. Ale potem zaczęłam chodzić tak szybko, że nawet wnuczki nie mogły za mną nadążyć – wspomina.

Córka i wnuczka odziedziczyły chorobę

Chorobę odziedziczyły po niej córka Ewa i wnuczka Amelia, obie mają wszczepione kardiowertery. Ewa profilaktycznie, Amelia miała poważne zaburzenia rytmu. Na szczęście udało się dobrze dobrać lek i Amelia żyje jak jej rówieśniczki, jeździ na rolkach i na rowerze, cieszy się życiem. – Mam nadzieję, że z czasem uda się wynaleźć lek, dzięki któremu transplantacja nie będzie potrzebna – mówi Wiesława.

 

 

 


Za nami 17. Bieg po Nowe Życie!

Czytaj więcej...
Partnerzy