Historie ludzi


Podziel się

Dowiedz się więcej o akcji

Czytaj

Nie miała roczku, gdy dostała nowe serce

 

Po mojej śmierci mogą zabrać każdy narząd, który będzie potrzebny, by uratować życie innym ludziom – mówi Katarzyna Szymkiewicz, mama 11-letniej Uli. Dziewczynka miała zaledwie 9 miesięcy, gdy zespół ze Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu przeszczepił jej serce.

 

Ula mieszka z rodziną w małej miejscowości w lubuskim. Gdy dziewczynka przyszła na świat, wszystkim wydawało się, że jest okazem zdrowia, dostała dziesięć punktów skali Apgar. Świetnie się rozwijała, nie imały się jej żadne infekcje. O tym, że coś jest nie tak, mama Uli dowiedziała się, gdy dziewczynka skończyła pół roczku. Zgłosiła się z Ulą do przychodni na szczepienia profilaktyczne. Lekarka, jak zawsze, dokładnie zbadała dziewczynkę. Usłyszała jakiś niepokojący szmer w jej serduszku. – Proszę jak najszybciej zrobić RTG klatki piersiowej i zgłosić się z nim do mnie – poprosiła.

Udało się zrobić zdjęcie jeszcze w tym samym dniu. Lekarka wzięła je do ręki i od razu było widać, że coś jest nie tak. – Usłyszałam, że Ula ma guz w klatce piersiowej. Dopiero potem okazało się, że to nie guz, a bardzo powiększone, niewydolne serce. Lewa komora serduszka Uli praktycznie się nie kurczyła – opowiada mama dziewczynki.

Ula została natychmiast przyjęta do szpitala w Zielonej Górze. Potem karetka przewiozła ją do szpitala w Poznaniu na oddział kardiologii dziecięcej. Diagnoza był druzgocząca: Ula cierpi na ciężką kardiomiopatię rozstrzeniową, nie ma dla niej ratunku, bo w Polsce u takich maleństw nie wykonuje się przeszczepów serca, a to jedyny ratunek, w ogóle takie zabiegi robi tylko kilka krajów na świecie.

 

 

Rodzice Uli zaczęli szukać możliwości ratunku dla córki. Skontaktowali się z Bogumiłą Król, koordynatorką transplantologiczną ze Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Dała im nadzieję. Usłyszeli, że mają przysłać dokumentację medyczną i skierowanie od lekarza prowadzącego dziewczynkę. Ula została zakwalifikowana do transplantacji serca, znalazła się na liście pacjentów oczekujących na przeszczep. – Raz było z nią lepiej, raz gorzej. Trafiła do szpitala w Poznaniu z zapalaniem płuc. Ciężko było nad nią zapanować, wyrywała sobie wenflony. Lekarze stwierdzili, że trzeba przejść w takiej sytuacji na leki doustne. Poprosiłam, żeby w takim razie spróbować ją wypisać choć na kilka dni do domu – opowiada pani Katarzyna.

To był lipiec 2008 roku. Ula miała zaledwie 9 miesięcy. To był cud: w Polsce o serce dla dziecka jest niezwykle trudno, dla Uli się znalazło i czekała tylko 2,5 miesiąca. W dodatku gdy znalazło się serduszko, Ula była akurat w dobrej formie, więc miała większe szanse na pokonanie trudów operacji i okresu pooperacyjnego. – Z informacją o znalezieniu dawcy zadzwoniła do nas Bogumiła Król. Dała nam 20 minut na to, by się spakować i wysłała po nas karetkę. Nie wahałam się. Wiedziałam, że dla Uli to jedyna szansa – mówi pani Katarzyna.

Nigdy nie zapomni jazdy pędzącą karetkę. Po drodze wpadali z jednej burzy w drugą. Kłopoty z powodu pogody miał też samolot, który leciała z sercem dla Uli. Dziewczynkę operował doktor Roman Przybylski. – Będzie teraz spała przez jakieś 8 godzin – powiedział mamie Uli, gdy wózek z dziewczynką wyjechał z sali operacyjnej. Ula zaczęła się budzić już po trzech godzinach. Tydzień później usiadła w łóżeczku. I cały czas się uśmiechała. Do lekarzy, pielęgniarek, salowych. Błyskawicznie dochodziła do siebie. Dwa tygodnie później lekarze z zabrzańskiego szpitala zwołali konferencję prasową i podzielili się swoim wielkim sukcesem z całą Polską. – Nie wiem, kto był dawcą serca dla Uli. Na pewno było to dziecko mniej więcej w jej wieku. Historia była głośna, jestem pewna, że jego rodzice domyślili się, że serce ich dziecka uratowało życie Uli. Jeśli jest coś, co może nadać śmierci jakikolwiek sens, to możliwość uratowania czyjegoś życia. Mam wielką nadzieję, że to dla rodziców tego dziecka w tych strasznych chwilach była jakaś pociecha – mówi pani Katarzyna.

Ula świetnie się rozwija, podarowane serduszko rośnie razem z nią. Dziewczynka w tym roku skończy 11 lat. Zdarzają jej się oczywiście zdrowotne problemy, musi być np. pod stała kontrolą hematologa, ale wychodzi z nich obronną ręką. Jeździ też regularnie na badania do Zabrza, ale traktuje ten szpital jak swój drugi dom. Cieszy się każdą chwilą, jeździ na rowerze, pływa. – Z morza nie da się jej wyciągnąć, nawet jeśli mnie wydaje się, że w tak lodowatej wodzie nie wytrzymam już ani chwili – śmieje się pani Katarzyna.

Ula ma indywidualne nauczanie, to dlatego, że nie zdążyła została zaszczepiona m.in. na odrę i różyczkę, jest ryzyko infekcji, co dla dziewczynki zażywającej leki immunosupresyjne mogłoby być groźne.

Pani Katarzyna mówi, że poznała w czasie pobytów w szpitalach dzieci, które nie dostały takiej szansy, jak Ula. – Nigdy nie zapomnę na przykład Jasia. Spędził dwa lata w zabrzańskim szpitalu podłączony do pompy. Serduszko się nie znalazło, Jasiu umarł w wieku czterech lat – opowiada mama Uli. – Po mojej śmierci mogą zabrać każdy narząd, który będzie potrzebny, by uratować życie innym ludziom – dodaje.

 

Na rehabilitację Uli można przekazać 1 proc. należnego podatku.

 


Już 13 kwietnia spotykamy się w Wiśle!

Czytaj więcej...
Partnerzy