Historie ludzi


Podziel się

Dowiedz się więcej o akcji

Czytaj

Nowa wątroba i nowe życie

 

49-letni Zbigniew Pastuszak doktor habilitowany nauk ekonomicznych, dyrektor Instytutu Zarządzania i Nauk o Jakości na Wydziale Ekonomicznym UMCS w Lublinie, pisał artykuł za artykułem, latał po świecie na wykłady i konferencje i nawet do głowy by mu nie przyszło, że przyjdzie mu stoczyć walkę o życie.

– Czasem dopiero podczas poważnej choroby człowiek uświadamia sobie, jak bardzo nie doceniania tego, co miał – mówi pan Zbigniew.

Koledzy gratulowali mu opalenizny

 – Nie palę papierosów, nie piłem zbyt wiele alkoholu — maks. lampkę dobrego czerwonego wina kilka razy w tygodniu (przez ostatnie 1-2 lata w miarę regularnie dzięki sporej grupie wspaniałych przyjaciół) — wszystko w granicach rozsądku. Żadnych narkotyków lub psychotropów, leków poza aspiryną. Żadnego sportu aktywnie nie uprawiałem, ruch zależnie od potrzeb, generalnie mało, ale kondycję miałem całkiem dobrą, umożliwiającą np. swobodne wędrowanie z plecakiem po Bieszczadach lub — wcześniej — wysokich Tatrach czy dłuższą jazdę na rowerze. Regularne badania krwi, sporadyczne: lipidogram, cukier, tarczyca, profilaktyczne (kolonoskopia, po śmierci mojego ojca w 2015 r. na nowotwór) — nie wykazywały żadnych odstępstw od normy – opisuje w wydanej właśnie książce „Ku pokrzepieniu wątrób trzustek nerek i serc, czyli jak zachorować, przejść przez chorobę i wyzdrowieć na ile się da”.

Niektóre osoby po transplantacjach narządów chorują od urodzenia. Inne, tak jak pan Zbigniew, o tym, że mają poważne problemy, dowiadują się nagle. – Nie lubię leżeć na plaży, przebywać na słońcu, a koledzy zaczęli zwracać uwagę, że jestem opalony. To nie była opalenizna, tylko zażółcenie skóry, objaw niewydolności wątroby – opowiada pan Zbigniew.

Świadomość chorób wątroby jest mała

Pan Zbigniew mówi, że do Andrzejek w 2016 roku uważał się za zdrowego człowieka – nigdy nie był w szpitalu, dni na zwolnieniach lekarskich mógł policzyć na palcach rąk. Dzień później odebrał od lekarza wyniki badań. Okazało się, że ma kilkukrotnie podwyższone próby wątrobowe co jest poważnym sygnałem, że coś niedobrego dzieje się z tym narządem. Lekarz zalecił mu wizytę u specjalisty gastrologa. Ten od razu przypuszczał, że to może być coś poważnego. Mężczyzna został przyjęty do Kliniki Chorób Zakaźnych SPSK 1 w Lublinie.

Pan Zbigniew mówi, że trudno nawet wyobrazić sobie, co czuje człowiek, gdy nagle dowiaduje się, że jest ciężko chory. W dodatku jeśli np. każdy z nas wie, że w przypadku niewydolności nerek konieczne mogą być dializy, to świadomość na temat chorób wątroby jest w naszym społeczeństwie bardzo mała. – Dializy ratują życie pacjentów z niewydolnością nerek, lekarze doskonale radzą sobie z większością chorób serca, w najgorszym przypadku pacjent może być podpięty do sztucznego serca, a jeszcze nikt nie wynalazł urządzenia, które by zastąpiło niewydolną wątrobę. Gdy narząd ten przestaje pracować, w ciągu 72 godzin pacjent umiera – mówi mężczyzna.

Od początku lekarze mówili, że w jego przypadku konieczna może się okazać transplantacja wątroby. Był na to – teoretycznie – przygotowany. Mimo kolejnych badań i konsultacji u różnych specjalistów, także w klinice w Szwajcarii, która zajmuje się chorobami wątroby, nie udało się jednoznacznie ustalić, co dolega mężczyźnie.

Aktywne życie mimo choroby

Lekarze podejrzewali kilka chorób, ale objawy nie pasowały jednoznacznie do żadnej z nich. Za najbardziej prawdopodobne uznali autoimmunologiczne zapalenie wewnątrzwątrobowych dróg żółciowych. – Tak naprawdę to do dzisiaj nie jestem ostatecznie zdiagnozowany. Biorę wyższą dawkę leków immunosupresyjnych ze względu na obawy lekarzy, by choroba pierwotna nie uszkodziła przeszczepionej wątroby – mówi.

Mimo choroby pan Zbigniew starał się żyć aktywnie, nie rezygnować z pracy. Trafił pod opiekę warszawskiego Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus.

– Wchodzę do pokoju (jak oni się tam wszyscy zmieścili?) — mały gabinet, pod oknem biurko, po lewej krzesło dla pacjenta, po prawej leżanka, na której po turecku siedzi jakaś młoda dziewczyna. Za biurkiem dwie osoby: prof. Marek Pacholczyk (formalnie docent doktor habilitowany nauk medycznych, chirurg ogólny i transplantolog, ale dla mnie full profesor; po tym, co robi dla pacjentów, powinien dawno odebrać tytuł od Prezydenta RP — a On ratuje ludzi, zamiast pisać artykuły naukowe, dziwak jakiś) i doktor nauk medycznych Beata Łągiewska (rewelacyjny lekarz, transplantolog, chodzący konkret, ciepła, dokładna, bardzo życzliwa, wspierająca; wsadzam panią doktor Beatę obok dr. A.G. z z Kliniki MSWiA na Wołoskiej z Warszawy na Mount Everest profesjonalizmu — niebawem zrobi się tam tłoczno ☺). Krótka prezentacja osób, a potem wywiad lekarski, pierwszy w moim życiu, który trwał blisko dwie godziny – opisuje w książce dodając, że tam ostatecznie dowiedział się, że życie może mu uratować tylko transplantacja wątroby.

Lekarze wyjaśnili mu, na czym będzie polegał zabieg, jakie są rokowania, czego może się spodziewać.

Kilka fałszywych alarmów

W maju 2018 roku poleciał jeszcze na konferencję naukową do Włoch, do Neapolu. Tam już czuł się źle, w jego brzuchu zbierał się płyn, miał kłopoty z chodzeniem po schodach, większość czasu spędzał w hotelowym pokoju. Zaraz po powrocie z konferencji trafił do lubelskiego szpitala. Jeden z lekarzy przyznał mu potem, że był w takim stanie, iż były obawy, czy przeżyje do rana. Karetka przewiozła go do warszawskiej placówki, został wpisany na listę pacjentów pilnie oczekujących na transplantację wątroby. Minął maj, potem czerwiec, a on leżał w szpitalu czekając na to, aż znajdzie się dawca. Kilka razy był alarm, fałszywy, wątroba z jakiś powodów nie była dla niego odpowiednia.

Opisuje w książce: „W piątek 22 czerwca, prawie po miesiącu pobytu na oddziale, przyszli do mnie prof. Kosieradzki z prof. Pacholczykiem i po standardowej rozmowie o samopoczuciu i wynikach ordynator stwierdził, że zostanę najprawdopodobniej wypisany w przyszłym tygodniu do domu. Mój stan się nieco ustabilizował, utrzymywanie mnie na liście w trybie urgens nie ma sensu, bo i tak nie ma właściwego dawcy. „Gdyby miał pan grupę A i 190 cm wzrostu, mielibyśmy to już za sobą — usłyszałem. — Może pan wrócić do domu, bo już się pan tak skolonizował bakteriami szpitalnymi, że za chwilę złapie pan jakiegoś gronkowca i to uniemożliwi nam jakiekolwiek zabiegi, nawet jeśli będzie dawca. Tak więc musi pan wrócić do domu i pooddychać innym powietrzem, nie ma sensu pana tu trzymać”.

Książka ku pokrzepieniu serc

Nie wyszedł.  W środę rano potwierdziło się, że jest dla niego wątroba. Następnego dnia, już po transplantacji, chodził po szpitalnym korytarzu. – Czasem inni pacjenci dopytują mnie o ból po zabiegu. Zawsze im mówię, że jeśli wytrzymali leczenie u dentysty, to ten ból także wytrzymają bez problemu – mówi pan Zbigniew. Dzisiaj żyje normalnie, aktywnie, pełnią życia.

Jeszcze leżąc na szpitalnym łóżku postanowił sobie, że jeśli przeżyje, napisze książkę “ku pokrzepieniu”. Sienkiewicz pisał o sercach, ale naturalne było, że będzie ona pokrzepiać pacjentów hepatologicznych. Dołączyło do niego jeszcze troje autorów „po przejściach”:: Artur Popek (ciężka choroba serca), Kamila Belczyk-Panków (przeszczep rodzinny nerki) oraz Roman Asyngier (przewlekłe autoimmunologiczne zapalenie trzustki). Książka, która dopiero co się ukazała, cieszy się taką popularnością, że konieczny był dodruk. Warto zajrzeć na profil autorów na Facebooku.


Już w kwietniu 16. Bieg po Nowe Życie!

Czytaj więcej...
Partnerzy